poniedziałek, 13 lutego 2012

Rozdział 2

Wyciągnęła rękę i wciąż wpatrując się w monitor, dotknęła rozgrzanego szkła, wypełnionego po brzegi dopiero co przygotowaną porcją kawy. Syknęła, przykładając piekące palce do warg. Leżący obok niej, ogromny golden retriver, podniósł łeb, ziewając i równocześnie machając radośnie ogonem.
- Wyspałeś się, maluchu – przejechała ręką po jego złocistej sierści i westchnęła – Ty to masz fajne życie. Śpisz, jesz i spacerujesz, polując na bogu ducha winne gołębie. Żyć nie umierać! - pies po raz kolejny zamachał ogonem, przyciskając pysk do jej brzucha.
Uśmiechnęła się pod nosem, znów skupiając się na przepisywaniu i redagowaniu umowy. Zostało jej jeszcze kilka paragrafów do przepisania i mogła iść spać. Czuła się coraz bardziej senna i żadna porcja kawy by tu nie pomogła. Pomalowane granatowym cieniem powieki drgały, opadając coraz niżej i już nie potrafiła nad nimi zapanować. Nie potrafiła myśleć, a tym bardziej skupić się na swoim zadaniu. Zdesperowana podniosła rękę i wstukała ostatnie litery tej nocy. Jej ciężka głowa opadła w tył, a dłoń zjechała z laptopowej klawiatury lądując na miękkim poszyciu kanapy. Z gardła wydobyło jej się jedno chrapnięcie, a następnie oddech wyrównał się, zwiastując nadchodzący sen, o pięknych, błękitnych oczach.
Obudziła się, ku swojej uldze, po pięciu godzinach. Dochodziła szósta, więc miała jeszcze trochę czasu na dokończenie umowy, by móc bez pośpiechu wyszykować się do pracy. Rozciągnęła obolałe mięśnie, po tej spędzonej w niewygodnej pozycji nocy i z tęsknotą spojrzała w stronę wczorajszej, zimnej już kawy. Przez chwilę zastanawiała się czy pójść i zrobić sobie świeżą, ale doszła do wniosku, że jak zostawi chociaż na moment tą umowę, to nigdy już nie wróci do przepisywania. Chwyciła pilot od wierzy stereo, wyciągając się przy tym jak zawodowa atletka, byleby tylko nie strącić z kolan komputera i nacisnęła play, uruchamiając tym samym tkwiącą w urządzeniu płytę. Z głośników popłynęło spokojne i relaksujące Stay- One republic, a brunetka zabrała się do pracy.
Kilkakrotnie podchodził do niej Scotty, bo tak nazwała swojego pupila, prosząc się o spacer. Ignorowała go, skupiona na swoim zadaniu, a jej długie, szczupłe palce płynnie biegały po klawiaturze. Scotty zdenerwowany biegał z jednej strony na drugą, próbując bezskutecznie zwrócić na siebie jej uwagę, aż w końcu, zdenerwowany zachowaniem swojej właścicielki wybiegł na korytarz, wracając po chwili z jednym z jej ulubionych pantofelków w pysku. Położył się na swoim miejscu i w spokoju, obserwując kątem oka Caroline, metodycznie miażdżył swoimi ogromnymi szczękami but.
Kiedy zielonooka skończyła, było już za późno. Wkurzona zebrała z psiego posłania strzępki lakierka i z rozmachem wrzuciła do wielkiego kubła na śmieci. Pies podążał za nią krok w krok, co jeszcze bardziej ją zdenerwowało.
- Co ty zrobiłeś, co?! - wydarła się, palcem wskazując na wiadro. Pupil wyszczerzył kły, cichutko powarkując – Warczysz na mnie? Na miejsce, już! To nie jest twoja pora spaceru! - patrzyła jak powoli opuszcza kuchnię, nie mogąc uwierzyć w to co zrobił. Przecież nigdy tego nie robił! Nigdy! - No nie do wiary – mruknęła, wstawiając czajnik na gaz.
Z ciemnobrązowej, wiszącej nad zlewem szafki wydobyła kubek, do którego nasypała dwie czubate łyżeczki kawy. Utkwiła wzrok w niebiesko-żółtym płomieniu, pozwalając myślom płynąć w dowolnie obranym kierunku. Zagryzając wargę wspomniała po raz kolejny twarz mężczyzny, skupiając tym razem uwagę na reszcie szczegółów, posyłając błękitne niczym letnie niebo oczy w niepamięć. Gęste, ciemne włosy kusiły, by w agonii zatopić tam palce, a bladoróżowe usta wręcz błagały o rozpalenie ich do czerwoności. Blada w swoim odcieniu skóra, musiała być jedwabista w dotyku i Caroline niemalże czuła ją na swoich opuszkach palców, kiedy bezwiednie przejechała nimi przez kuchenny blat. Gdyby nie ostry pisk, oznajmiający, że wstawiona na gaz woda już się zagotowała, brunetka nadal tkwiłaby w innym, odległym świecie. Zapominając o tym wszystkim, nienamacalnym, a jednak tak bliskim, zalała kawę i z kubkiem w dłoni ruszyła do łazienki, leniwie powłócząc nogami.
Odkręciła kran, ustawiając wodę bardziej zimną, niż ciepłą, po czym zdjęła z siebie dresowe ubranie, które wciągnęła na swoje ciało po powrocie do domu, zmęczona całym dniem. Kiedy Leto poprzedniego dnia opuścili gabinet Johna, pośpieszyła do siebie, by w ekspresowym tempie przygotować się do spotkania z Wallancem. Coś, co było z góry skazane na niepowodzenie, udało się. Ale dosłownie na styk. Po przejrzeniu ofert stwierdziła, że wybór jest dziecinnie prosty i tylko głupiec, lub człowiek, który gubi się w swoim życiu mógł mieć problem z wyborem odpowiedniej oferty. Z uśmiechem na ustach i czystym sercem, jednoznacznie przedstawiła mu swoje poglądy, które- a jakżeby inaczej- bez zastrzeżeń zatwierdził.
Zanurzyła się po szyję w wodzie i zamknęła na moment oczy, rozkoszując się chwilą relaksu. Odpychała od siebie myśli o Jaredzie i skupiła się na planie dotyczącym ugłaskania Johna. Jeśli straci w nim przyjaciela, straci też swoją mocną pozycję, straci pewnego rodzaju nietykalność. Bo kto wstawi się za nią u szefa, jak nie John? Ale czy tylko na tym jej zależało? Przecież go lubiła, nawet bardzo, i czasami śniąc o nim, żałowała, że na nic więcej z jego strony liczyć nie może. Starała sobie przetłumaczyć do rozumu, że jest TYLKO przyjacielem, ale serce nie chciało słuchać. Czasami miała wrażenie, że go kocha, ale to szybko mijało. A potem, zawstydzona sama przed sobą, tłumaczyła sobie, że co najwyżej jak brata. Ale kto tam wie? Może kochała go inaczej. Nie potrafiła sobie na to odpowiedzieć. A może wcale nie chciała?
Chwyciła w dłonie gąbkę i zanurzyła ją w wodzie, wpatrując się w ulatujące ku tafli wody, bąbelki. Pomyślała o rodzicach. Kiedy widziała ich ostatni raz? Chyba całe wieki temu, bo nawet nie potrafiła sobie dokładnie przypomnieć na którym policzku matki znajdował się jej delikatny pieprzyk, który sama odziedziczyła. Znajdował się po tej samej stronie, czy po drugiej? Nie mogła sobie przypomnieć. Zaśmiała się, zdając sobie sprawę z tego o jakich rzeczach myśli. A potem nakazała sobie, że do nich zadzwoni i zaprosi ich do siebie, bo ostatnim razem im odmówiła z powodu nawału pracy. Zbliżały się wakacje, więc i pierwszy urlop, na który miała zamiar wybrać się z Sylvią do jakichś ciepłych krajów. Powiedzmy, do Grecji w Europie? A może lepiej do Włoch? Sama nie wiedziała, zawsze ciężko jej było podejmować decyzję. Liczyła na to, że przyjaciółka ją w tym wyręczy, w końcu podobno szło jej to lepiej niż niejednemu mężczyźnie.
Szybko i wyjątkowo niedokładnie obmyła ciało i wyszła, owijając się puchowym, ciepłym od wiszenia na kaloryferze ręcznikiem. Gdy stanęła przed lustrem, do głowy wpadł jej, według jej mniemania, całkiem dobry plan na odwet względem wczorajszego zachowania młodszego z braci Leto. Postanowiła wyjątkowo przyłożyć się do swojego wyglądu, tak by wywołać na nim wrażenie, bo najwyraźniej jej wdzięki na niego nie zadziałały, a to godziło w jej dumę. Każdy mężczyzna się za nią uganiał, każdemu na sam widok ciekła ślinka, a więc czemu on był na nią obojętny? Nie potrafił docenić jej piękna, delikatnego, a zarazem wyrafinowanego?
Pokryła powieki wyjątkowo ciemnym cieniem, dodając bladym policzkom nieco różu. Zważywszy na to, że jej wargi, popękane i spierzchnięte, przypominały strup, zdecydowała się zastąpić szminkę, delikatnym błyszczykiem. O dziwo, smakował i pachniał jak mandarynki. Spojrzała na flakonik i zganiła samą siebie za to niedopatrzenie. Nie lubiła takich wymysłów, zwłaszcza, że mandarynka nie należała do jej ulubionych owoców, a wychodziło na to, że nie rozstanie się z nią przez kolejne godziny, gdyż ze względu na taki, a nie inny stan ust, zmuszona była czymś to zakryć. Miała tylko nadzieję, że Jared lubi cytrusy.
Chwyciła suszarkę i pochyliła głowę w dół, kierując ciepłe powietrze wprost na wirując kosmyki. Kiedy przestały być tak namacalnie mokre, wtarła w nie odrobinę pianki i nawinęła na papiloty. Za godzinę je zdejmie, goszcząc na głowie delikatne, asymetryczne fale. Wybiegła z łazienki, przypominając sobie, że jeszcze nie wydrukowała umowy. Prawie zabijając się o Scottiego, dopadła drukarkę i włączyła ją, ignorując kolejne tego dnia, warknięcie pupila. Po drodze do laptopa, wyjęła z komody rajstopy, i wciągając je na gołe nogi, doczłapała do kanapy.
Kiedy tylko drukarka warkotem zainicjowała rozpoczęcie drukowania, pobiegła do pokoju i zniknęła w odmętach swojej szafy. Wydobyła z niej swoją ulubioną spódniczkę – czarną, o kroku ołówkowym, sięgającą od kolan, aż po talię; kończyła się tuż pod piersiami- i do tego kremową, obcisłą, z dosyć wyeksponowanym dekoltem koszulkę z długim rękawem. Ubrała się w przygotowany dla siebie zestaw, uważając na znajdujące się na głowie papiloty.
- Scotty! Chodź na spacer! - owinęła głowę chustką, a na nos wciągnęła okulary.
Pies w zastraszającym tempie pojawił się przy jej boku, pojękując radośnie i machając ogonem. Założyła mu kaganiec i otworzyła drzwi, wychodząc na klatkę schodową, zdejmując z wiszącego na ścianie haka, klucz. Zamknęła za sobą drzwi i ruszyła do wyjścia z bloku, obserwując jak jej pies, po raz kolejny, próbuje podkopać się pod nimi, drapiąc pazurami w oporny beton. Uśmiechnęła się pod nosem, naciskając klamkę i pchając ciężkie wrota do wolności swojego pupila. Scotty popędził przed siebie, a brunetka oparła się o chropowatą ścianę, odpalając zabranego ze sobą papierosa.
- Dzień dobry – z klatki wyłonił się wścibski, wiekowy sąsiad, i Caroline już wiedziała, że codzienna tradycja zostanie podtrzymana – Musi pani z rana tak tu smrodzić? Ludzie tu mieszkają, dzieci. Jak pani nie wstyd? - wywróciła oczami, odwracając głowę w drugą stronę i kompletnie ignorując faceta – W końcu na panią doniosę, tak jak już od dłuższego czasu obiecuję.
- To się nazywa groźba.
- Słucham? - pochylił się w jej stronę, ale tylko pokręciła głową, delektując się kolejną porcją dymu – Proszę nie pyskować. Taka stara, a jak dziecko.
- Pan uważa, co pan mówi – syknęła, wymachując mu przed twarzą papierosem – Jak chce pan na mnie donieść, proszę bardzo. Ale nie widzę tu żadnego znaku zakazującego palenia papierosów pod blokiem, więc obawiam się, że zostanie pan wyśmiany.
- Prosiłem, żeby mi pani nie pyskowała! Pani nie wie kim ja jestem!
- Tak, tak, wiem. Jest pan sędzią – zaśmiała się pod nosem – Co nie znaczy, że może pan wszystko.
- Ale więcej niż ty, moja droga – podparł się po bokach, krzywiąc pooraną zmarszczkami twarz.
- Tak, wiem – znudzona jego słowami, które dzień w dzień były takie same, wyrzuciła peta do śmietnika i spojrzała na niego przelotnie, szukając swojego psa – Scotty! Do nogi!
- Znów puszcza pani psa bez smyczy? - wtrącił sędzia.
- Ale w kagańcu, więc zgodnie z prawem – zagwizdała, a dziadek teatralnie zakrył uszy dłońmi.
- Co z tego, że w kagańcu? Taki bydlak jak się rozpędzi to i siłą uderzenia może zabić.
- Goldeny to bardzo łagodne psy – pogłaskała Scottiego za uchem, łapiąc jednocześnie za pasek od kagańca i ciągnąc w stronę budynku – A pan ma coś z głową – zatrzasnęła za sobą drzwi. Wchodząc po schodach, słyszała jak sąsiad mocuje się z drzwiami, krzycząc coś w jej stronę. Kiedy weszła do mieszkania, uśmiechnęła się do siebie, uwalniając psa z 'uprzęży'. Pognał do kuchni, zapewne napić się wody. Weszła za nim i nasypała mu do miski jego ulubionej karmy. W drodze do łazienki pozbyła się z głowy chustki i stanęła przed lustrem, odwijając powoli każdy z papilotów i wrzucając je do kosmetyczki. Roztrzepała delikatnie loki swoimi niewielkimi dłońmi i pozostawiła na głowie taki delikatny nieład. Wychodząc z łazienki spojrzała na zegarek i zdając sobie sprawę z tego, że już powinna wychodzić, zgarnęła wydrukowaną umowę, chowając ją do teczki. W locie chwyciła torebkę i sweterek. Zakładając buty w podskokach, dopiła kawę i wstawiła kubek do zlewu, zalewając go wodą. Wybiegła z domu, zamykając dokładnie drzwi i pobiegła w stronę samochodu, czując muskające ją po twarzy słoneczne promienie.
Otworzyła schowek, wyjmując z niego okulary przeciwsłoneczne i nasunęła je na nos, kładąc teczkę i torebkę na fotelu obok. Odpaliła silnik i wyjechała w stronę pracy. Miała nadzieję, że jej wysiłki przyniosą jakiś efekt, że szanowny pan Jared zareaguje jakoś na jej wdzięki. Miała dziwne przeczucie, że jednak jej się oprze, będąc tak samo opryskliwą osobą, jak dzień wcześniej. Liczyła w duchu na to, że John schowa złość do kieszeni i w razie co, stanie w jej obronie, ale wziąwszy pod uwagę, że jeszcze nigdy nie był na nią tak śmiertelnie zły i obrażony, to także wydawało się mało prawdopodobne.
Do firmy wkroczyła trochę przed czasem, posyłając ochroniarzowi delikatny uśmiech i weszła do windy, naciskając dwójkę. Kiedy drzwi windy praktycznie się zamknęły, pojawiła się między nimi dłoń opatrzona pomalowanymi na czerwono paznokciami.
- Cześć – zaszczebiotała Sylvia, wciskając się do środka i całując ją delikatnie w policzek – Słyszałam, że nieźle wczoraj narozrabiałaś – Caroline zmarszczyła czoło.
- To znaczy? - zapytała.
- Podobno wkurzyłaś jednego z braci Leto – uczepiła się pazurami jej tali, wypychając ją z windy – Dziewczyno, podziwiam cię, a jednocześnie mnie przerażasz. Nikt, a mogę ci za to poręczyć, nikt nie odważyłby się z nimi sprzeciwiać. Masz jaja, Caroline. - zatrzymała się, patrząc przed siebie przerażonym wzrokiem, który w sekundę stał się neutralny, a na ustach wykwitł nieszczery uśmiech. Caroline spojrzała przed siebie i dostrzegła braci – Dzień dobry, panom.
Jared z rozbawieniem przyglądał się jej koleżance, omijając brunetkę szerokim łukiem. Zrobiło jej się przykro, że nawet na nią nie spojrzał, ale szybko pozbierała się z podłogi, widząc pożerającego ją wzrokiem Shannona. Nie na to liczyła, ale lepsze to niż nic. Wyglądało na to, że bracia diametralnie się od siebie różnili. Prawdopodobnie cechowały ich też odmienne gusty.
- Dzień dobry – powiedziała, zakrywając dekolt teczką, tak by ukryć go przed piwnymi oczami bruneta. - Zapraszam do siebie, chyba, że czeka na nas John. Pójdę i się upewnię – wyminęła ich i ruszyła w stronę gabinetu vice szefa.
Podeszła do trzecich drzwi z kolei spoglądając niepewnie na przyczepioną do nich tabliczkę z wygrawerowanym nazwiskiem Johna oraz zajmowaną przez niego posadą. Uniosła rękę, czując na sobie wzrok Shannona i zapukała nieśmiało, cicho, by po chwili zabębnić w drewno ze zbyt wielką siłą. Usłyszawszy wyraźnie Proszę! weszła do środka, rumieniąc się. I sama już nie była pewna z jakiego powodu jej policzki zapłonęły żywym ogniem. Czy z powodu swojego wczorajszego wybryku, który niewątpliwie wykraczał poza wszelkie granice, które i tak zostały dla niej przesunięte? Czy może dlatego, że prawie wyważyła drzwi, nieświadoma siły jaką włożyła w zwykłe pukanie?
Sposób w jaki John na nią spojrzał, wcale nie ułatwiał jej sprawy. Przełknęła z trudem wielką kluchę, która uformowała się w jej gardle, odbierając jej możliwość wydobycia z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Stresowała się, bo nie dość, że John świadomie rzucił ją na głębokie wody, to jeszcze jej obawy się urzeczywistniły- najwyraźniej jeszcze mu nie przeszło i nie był nastawiony do niej przyjaźnie. Pozbawił ją swojego wsparcia, którego potrzebowała w tym momencie, jak nigdy wcześniej.
Podniosła wzrok, przenosząc go ze swoich botków, wprost na jego ciemne oczy, starając się nie myśleć jakie są inne od oczu Jareda; ale na swój sposób porównywalnie piękne.
Przestań w końcu myśleć o facetach, upomniała się, chyba naprawdę jesteś niewyżyta i niewiele brakuje ci do miana nimfomanki.
Uśmiechnęła się, ale bardzo delikatnie, zahaczając kosmyk włosów za ucho, tak by bez problemów spojrzeć na trzymaną w ręce teczkę.
- Co cię do mnie sprowadza? - zapytał pretensjonalnym tonem.
A więc nadal jest na mnie wściekły, zauważyła, przygryzając wargę. Czuła się trochę jak licealista na dywaniku u dyrektora. I tak już wystarczająco czuła się winna, żeby on jeszcze tak dosadnie dawał jej o tym znać. Chciała nim potrząsnąć, krzycząc, że czuje się podle i żeby w końcu przestał ją za to karać, ale nie odważyła się.
- Chciałam, żebyś zerknął na umowę, zanim zdecydujemy się ją podpisać – jej głos był cichy, ledwo dosłyszalny, więc chrząknęła, oczyszczając gardło.
- Proszę, siadaj – wskazał jej ręką krzesło.
Opadła na siedzenie i położyła teczkę na biurku, przesuwając ją w stronę Johna. Czekała na jego ocenę, wpatrując się w skaczące po jego blond kosmykach promienie słoneczne. Wyjątkowo do Nowego Jorku zawitała dziś przepiękna, słoneczna pogoda, która powinna poprawić jej samopoczucie, ale niestety tak się nie stało. Powstrzymywała swoją lewą nogę od drgania, zaciskając na kolanie swoje obie dłonie. Miała przez chwilę nieprzyjemne wrażenie, że z tego stresu zemdleje, ale zaraz potem uświadomiła sobie, że nie jadła jeszcze śniadania.
- Wydaje mi się, że wszystko w porządku – odezwał się po jakimś czasie wciąż tym swoim oschłym tonem, a Caroline ciężar spadł z serca. Przynajmniej tego nie skopała – Z tego co wiem, już na nas czekają – to była bardziej pytanie niż stwierdzenie, więc brunetka skinęła lekko głową, podnosząc się równocześnie z przełożonym do pionu – Załatwimy to w twoim gabinecie.
- Doskonale – odparła nieco pewniejszy tonem; przynajmniej miała taki zamiar.
- Masz na dziś jakiegoś innego klienta? - zatrzymał ją przy drzwiach, a kiedy podniosła na niego wzrok, spostrzegła, że jego oczy nie wyrażały już takiej złości, były przepełnione radością i miała wrażenie, że ulgą. Spisała się, wykonała swoje zadanie należycie. Nie potrafiła powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu.
- Nie, dziś wyjątkowo mam spokój, jeśli nie liczyć braci.
- W takim razie proponuję iść na śniadanie, nie wyglądasz zbyt dobrze – pogłaskał ją delikatnie po ramieniu – To będzie dobra okazja do poznania się lepiej – zmarszczyła brwi przysłuchując się jego słowom.
- A nie znamy się dostatecznie dobrze?
- Po jednym, kłótliwym spotkaniu? - pokręcił głową – Musisz zrobić na nich lepsze wrażenie – dodał patrząc jak na jej twarzy zaczyna pojawiać się zrozumienie. - A co ty myślałaś? Że tylko ze mną? Musisz zaprosić jeszcze twoich nowych klientów, jak to ty ich nazywasz, BRACI.
- Niee, proszę – pisnęła, opierając się ramieniem o framugę. Wiedziała jednak, że i tak jest na przegranej pozycji, poza tym dostrzegła w jego stwierdzeniu trochę racji.
- I zachowuj się normalne, nie tak jak w pracy. Nie zgrywaj już tej małej dziewczynki – zaśmiał się, widząc jej skrzywione oblicze – Wiem, jaka jesteś naprawdę. Wiem, że udajesz, Caroline – chwycił ją za brodę i podniósł delikatnie do góry – I nigdy nie zapomnę naszej wspólnej nocy. Jesteś czarującą, seksowną kobietą, a to twój atut. Niepotrzebnie to ukrywasz – mówiąc to, otworzył drzwi i wyszedł.
Zamarła. Spanikowała. Bezskutecznie próbowała zrozumieć, o co mogło mu chodzić, ale żadne racjonalne wytłumaczenie nie przychodziło jej do głowy. Teraz było już za późno na to, by go o to zapytać, więc postanowiła to zrobić jak tylko znajdą się na chwilę sam na sam.
Zamrugała kilkakrotnie, odpędzając od siebie te myśli i wyszła na korytarz, wpadając wprost w ramiona Johna. Uśmiechnął się do niej czarująco. Część jej osobowości skoczyła właśnie do nieba, za to druga powstrzymywała odruchy wymiotne. Bo jedyne racjonalne wytłumaczenie było takie, że spotkali się w klubie zanim zaczęła tu pracować, po czym wylądowali w łóżku. Że też ona nigdy nie pamięta mężczyzn , z którymi spędziła poszczególne noce. Jednego była pewna- ich wspólna noc musiała mieć miejsce przed jej zatrudnieniem tu, bo inaczej by go znała i raczej nie zgodziła się na seks z przełożonym.
W tym momencie pożałowała swojego życia, sposobu na odstresowanie się. Poczuła się przy nim jak dziwka i wcale już nie podobało jej się to, że tak mocno trzymał ją przy sobie, czule głaszcząc po ramieniu. Czując na sobie palące spojrzenia gości, otworzyła drzwi do swojego królestwa i przepuściła ich przodem, czekając na to, że John zdejmie z jej barków swoje ciepłe dłonie i podąży za nimi.
- Wchodź – polecił, więc przekroczyła próg i nie patrząc na klientów, usiadła za biurkiem. John cały czas jej towarzyszył, a teraz stanął po jej prawicy, wciąż trzymając dłoń na jej ramieniu. Gdyby tylko wiedział jak ją to w tym momencie obrzydzało, zabrałby ją, ale pewien, że tym gestem dodaje jej siły, nadal trwał mężnie u jej boku, niczym rycerz przy swojej damie.
Zerknęła na Shannona, który z dość dziwnym błyskiem w oku wpatrywał się w jej szefa, a potem spojrzała na Jareda, który rozbawiony, z lekko kpiącym uśmiechem, uważnie przyglądał się starszemu bratu. Chrząknęła, chcąc zwrócić na nich swoją uwagę, niepewna tego co powiedzieć. Wyskoczyć od razu z umową, czy zagaić jakąś luźną konwersację?
A potem przypomniała sobie co powiedział jej John, więc przestała przejmować się swoim wizerunkiem i pozwoliła tej pewniejszej siebie osobowości zawładnąć umysłem. Już nie musisz udawać, zadudniło jej w umyśle. Uśmiechnęła się pod nosem, zdając sobie sprawę z tego, że może rzeczywiście niepotrzebnie robi z siebie ofiarę.
- Witam – powiedziała uwodzicielskim tonem, przeczesując włosy dłonią – Przygotowałam umowę w tempie ekspresowym, tak jak sobie życzyliście...chyba możemy przejść na ty? - zwróciła się do nich, uśmiechając się szeroko. Kiwnęli głowami twierdząco, więc postanowiła kontynuować, nie przejmując się zdziwionym spojrzeniem Jareda. Dobra moja, nie wie co się dzieje. Pewnie sądził, że naprawdę jestem tak infantylną osobą.- Jeżeli chcecie możecie ją przejrzeć, żeby upewnić się co do tego, że nic nie sknociłam. Proszę – podała im obie kopie, które niepewnie chwycili.
- Jestem pewien, że wszystko jest tak jak ustaliliśmy – powiedział Shannon, nawet nie zerkając w stronę dokumentu, a Jared zawtórował mu, kiwając twierdząco głową.
- Skoro jesteście pewni...- uśmiechnęła się szeroko, na co oczy Shannona aż zapłonęły, a gdy podniosła się i pochyliła do przodu, by odebrać im dokumenty, ich spojrzenia powędrowały wprost na jej odsłonięte piersi – Halo, panowie. Tu mam oczy – zachichotała, siadając na miejsce, a oni trochę ogłupieli, odwrócili głowy w inną stronę – Macie swoje długopisy?
- Tak, mamy – uśmiechnęła się do Shannona, zastanawiając się, czemu jego brat Jared niepodskoczyszmi Leto jest taki milczący.
- W takim razie zapieczętujmy tą współpracę małymi autografami – chwyciła pióro, które w jej kierunku wyciągnął Shannon i podpisała oba egzemplarze, popychając je następnie w kierunku klientów – Chciałabym zaprosić was na spóźnione śniadanie, o ile takowego nie jedliście – zagaiła, kiedy podpisywali. John ścisnął ją za ramię, ale nie była pewna, czy tym gestem chwali jej wyczyny, czy może każe jej przystopować. Ale kiedy ich spojrzenia się przecięły, miała nieodparte wrażenie, że był zazdrosny.
- Jedliśmy – powiedział Shannon, ale jego brat mu przerwał:
- Ale jesteśmy cholernie głodni.
W odpowiedzi posłała im rozbrajający uśmiech, nawijając kosmyk włosów na palec wskazujący, na co nawet Jared się uśmiechnął.
O matko, jednak są dołeczki! Jest taki słodki!
- W takim razie powinniśmy jak najszybciej udać się do pobliskiej restauracji. Naprawdę polecam, jest niesamowita. Nie dość, że ma wspaniale smakujące potrawy, to żadne inne miejsce w Nowym Jorku nie dorówna panującej tam atmosferze – podniosła się, wypowiadając te słowa z namacalną radością – Śmiem wątpić, żebyście kiedykolwiek tam byli – dodała.
Shannon uśmiechną się kpiąco. On miał gdzieś jeszcze nie być? Przecież on był w każdej renomowanej, prestiżowej, zaliczającej się do droższych restauracji. W tych gorszych też bywał. Dlatego kręcił głową z niedowierzaniem, nie mając jednak zamiaru zdradzić jej tych sekretów. A niech się cieszy, że czymś im zaimponuje. Jest słodka, czasami okropnie dziecinna, ale od kiedy przekroczyli próg jej gabinetu stała się szarżującą kocicą. Spodobało mu się to. Wysnuł nawet wniosek, że stała się taka, bo czuła się bezpieczna na swoim terytorium.
Nawet nie wiedział jak bardzo się mylił.
Szli za nią, słuchając uważnie jej słów. Przynajmniej się starali. Ale uwierzcie, nie jest łatwo się skupić, kiedy przed tobą idzie taka laska, machając kuperkiem na boki. Cała trójka podążała za nią, z lekkimi uśmiechami podziwiając krzywizny jej bioder i pośladków. Co to był za widok!

Caroline

Zerknęłam na nich, zanim przekroczyłam próg restauracji i miałam wrażenie, że wszyscy troje odwrócili głowy na boki z głupawymi uśmieszkami. Jakbym nie zdawała sobie w ogóle sprawy z tego, że patrzą na mój tyłek, pfff.
- Dzień dobry państwu – zwrócił się do nich Raymond Sharp, właściciel lokalu i jednocześnie mój przyjaciel – Cześć, Słoneczko – zwrócił się do mnie, obejmując moją talię i przyciągając mnie do siebie, by złożyć na moim policzku delikatny pocałunek – Dawno cię tu nie było.
- Tak, Raymond. Dwa dni to naprawdę dużo czasu – odparłam z sarkazmem, posyłając mu delikatny uśmiech.
- Dla kogo dużo, dla tego dużo – powiedział ciszej, zaglądając za kotarę, do pomieszczenia socjalnego – Jimmy, zaprowadź gości do stolika, dobrze?
Doskonale wiedziałam kim są kelnerzy, więc z uwagą przypatrywałam się towarzyszom, kiedy Jimmy wyszedł zza kotary. Jego otwarte oczy były mleczne, a tęczówki miały mlecznozielony kolor, i tylko mogłam sobie wyobrażać jaki miały kolor zanim mężczyzna stracił wzrok. Ręce miał lekko wyciągnięte przed siebie, ale nie machał nimi, ani nie szukał żadnego punktu zaczepienia. Głowę miał zwróconą w stronę Raymonda, ponieważ ze względu na to, że tylko on jak na razie się odezwał, Jimmy znał jego położenie.
Zbliżyłam się do niego i chwyciłam go za ramię, dając mu znać o swojej obecności:
- Jimmy, jak dobrze cię widzieć! - pisnęłam, wsuwając się w jego wyciągnięte ramiona i obejmując jego klatkę piersiową – Jak dawno cię nie widziałam! Słyszałam, że byłeś w szpitalu – kiedy spojrzałam mu w twarz, zdobił go niesamowicie wielki uśmiech radości.
- Mały, niewinny wypadek. Spadłem ze schodów.
- I ty to nazywasz niewinnym wypadkiem?! - oburzyłam się, odsuwając kawałek, ale na tyle, na ile mógł sięgnąć rękami. Jego ręce natychmiast przesunęły się wzdłuż moich ramion w górę, zatrzymując się na mojej twarzy. Uśmiechnęłam się, by mógł to wyczuć – Musisz na siebie uważać, słyszysz?
- Słyszę, słyszę – chichotał, pochylając się w moją stronę – uważam na siebie jak tylko mogę – dodał, a potem z mocnym cmoknięciem pocałował mnie w policzek – Też mi ciebie brakowało.
- Najwyraźniej za słabo na siebie uważasz – mruknęłam pod nosem, a on znów zachichotał – Jimmy, poznaj Johna, mojego szefa – chwyciłam jego rękę i pomogłam mu chwycić dłoń Johna, którą wyciągną, a potem powtórzyłam tę czynność z Shannonem i Jaredem.
- Bardzo mi miło panów poznać i gościć w naszej restauracji – powiedział uprzejmie, lekko się kłaniając w pasie – Zapraszam w takim razie na salę – dodał, odwracając się do nas tyłem. Chwyciłam jego dłoń, wyciągając drugą w stronę mężczyzn. Patrzyli skonsternowani na to co robimy.
- Radzę złapać się za ręce – wtrącił Raymond uprzejmym tonem – Na sali jest ciemno
- Jak to jest ciemno? - zapytał Jared przerażonym tonem. Przyjrzałam mu się uważnie, marszcząc przy tym brwi. Czyżby bał się ciemności? Shannon za to zaczął się śmiać i poklepał brata po ramieniu – Bardzo ciemno?
- Tak, bardzo ciemno – odparłam złowrogim, niskim tonem, mrużąc oczy, gdy na mnie spojrzał – Chyba się nie boisz? - dodałam niewinnie, przykładając palec do ust i skubiąc paznokieć zębami. Kiedy w końcu się otrząsnął, wszyscy złapaliśmy się za ręce, a ja lekkim uściśnięciem dałam znać Jimmy'emu, że możemy już iść.
- Mój brat panicznie boi się ciemności – poczułam na swoim karku ciepły oddech Shannona, który ściskał moją dłoń – Nawet sobie nie wyobrażasz jak. A może już to wiedziałaś? Czyżby to był sposób na odegranie się na nim za wczoraj? - zaśmiał się niskim barytonem – Zapamięta tę nauczkę na wieki.
- Nic o tym nie wiedziałam – odparłam, gdy kotara za nami opadła, a nas pochłonął mrok – Przysięgam.
- Tak, jasne – zaśmiał się. Szliśmy powoli, stawiając krok za krokiem i nasłuchując uważnie co się wkoło dzieje. W tym momencie wiedziałam co czują niewidomi i współczułam im. Nigdy nie chciałabym utknąć w tym mroku. Ale takie doświadczenie było niesamowicie wyzwalające, a ja sama doceniałam to, co miałam. Wzrok. Coś, co dla większości jest normalną rzeczą, dla innych jest nieosiągalne. Nie wiem co bym zrobiła nie mając możliwości widzieć tego całego pięknego świata. Współczułam osobom, którym już nigdy nie było to dane.
- Ał – syknął John, a towarzyszący temu łomot podpowiadał, że mój szef na coś wpadł.
- Nic ci nie jest? - zapytałam, odwracając odruchowo głowę w tył, ale potem zdałam sobie sprawę z tego, że i tak nic nie zobaczę. Jimmy zatrzymał się, a ja na niego wpadłam, ciągnąc za sobą Shannona i Jareda. Jakoś udało nam się utrzymać równowagę.
- Gdzie jesteście? - zapytał John.
- Tu – odpowiedział Jared, który najwyraźniej puścił dłoń mojego przełożonego.
- Czyli gdzie? - kolejny łomot rozniósł się echem po sali.
- Poczekajcie tu – oznajmił Jimmy i z tego co usłyszałam ruszył w stronę szurającego czymś Johna. Był niewidomy, więc ciemność mu nie przeszkadzała. Znał tą salę na pamięć i byłam pod wielkim wrażeniem. Ja czułam się przytłoczona tą ciemnością i mimo iż bywam tu codziennie, nadal nie wiem co gdzie jest.
- Nie boisz się? - ręka Shannona pojawiła się nagle na moim biodrze, a jego twarz przy moim prawym policzku, bo czułam na nim muśnięcia ciepłego powietrza.
- Nie, uwielbiam to – wyznałam, lekko się odsuwając – Pilnuj lepiej swojego brata – napomniałam go, czując, że uścisk jego dłoni robi się coraz mocniejszy i coraz mniej komfortowy.
- Poradzi sobie – mimo wszystko nie czułam na sobie jego drugiej dłoni, więc pewnie nadal trzyma brata za rękę. Podjęłam ponowną próbę odepchnięcia go od siebie, ale był strasznie silny.
- Mógłbyś mnie puścić? - powiedziałam głośniej, licząc na czyjąś interwencję. Ale najwyraźniej Jared był teraz w odległym miejscu, starając się ogarnąć strach. Podniosłam rękę do góry z zamiarem wymierzenia Shannonowi policzka, ale nie byłam w stanie określić gdzie dokładnie jest jego twarz. Wyciągnęłam więc rękę przed siebie, dopóki mój palec nie trafił w coś mokrego.
- Ał! Caroline, wsadziłaś mi palec w oko! - krzyknął, zabierając w końcu rękę z mojego biodra.
- I dobrze ci tak – syknęłam, odsuwając się. Tyłkiem natrafiłam na jakiś kant, więc zbadałam dłońmi owy przedmiot. Zimny, śliski, płaski. Od razu skojarzyłam to ze stolikiem, więc trzymając się jego krawędzi, zrobiłam dwa malutkie kroczki, zanim kolanem nie uderzyłam w krzesło. Z głośnym chrobotem odsunęłam je od stołu, i usiadłam na nie z wyczuwalną ulgą.
- Gdzie jesteś Caroline?- Jimmy wołał mnie z dość dużej odległości – Mieliście na mnie czekać – dodał trochę zły. Wiedziałam, że nie podobało mu się to wszystko, zazwyczaj nie miał takich problemów podczas prowadzenia gości do ich stolików. Sama byłam trochę wściekła na Johna, że taka z niego niezdara.
- Przy stoliku – odparłam – Kilka kroków od Was. Nie bój się, daleko nie uciekłam – dodałam, chichocząc pod nosem. Zawtórowały mi trzy inne głosy i jedno westchnięcie.
- W którą stronę? Bo chciałem Ci powiedzieć, że my właśnie stoimy pomiędzy dwoma stolikami.
- Po prawej – powiedziałam w końcu po dłuższym zastanowieniu się. Już po chwili ktoś mocno ścisnął mnie za ramie – Tak, to ja – poklepałam Jimma po dłoni.
- Dobrze, panie Shannon, to pana miejsce – usłyszałam jak odsunęło się krzesło. Chwilę zajęło mu rozsadzenie ich wszystkich na miejscach, a kiedy w końcu to uczynił, zaproponował nam dania – Nie ma tu kart dań, co jest raczej zrozumiałe. Mamy za to dania podzielone na 4 grupy. Danie niebieskie, danie żółte, danie zielone i czerwone.
- A czym się różnią? - zapytał, chyba Jared, siedzący po mojej prawicy.
- Dana niebieskie są na słodko, żółte owocowe, zielone wegetariańskie, a czerwone mięsne – odpowiedziałam mu, przesuwając dłońmi po stole. Kiedy trafiłam na miękki materiał, chwyciłam go i rozłożyłam sobie na kolanach.
- W takim razie ja poproszę zielone – wybrał Jared.
- Ja czerwone – to był chyba John.
- Ja żółte – Shannona rozpoznałam od razu i aż się skrzywiłam, zdając sobie sprawę z tego, jak blisko mnie siedzi.
- Ja również czerwone – wybrałam, przesuwając się nieznacznie w stronę Jareda.
- Za 15 minut przyniosę. Coś do picia? - zapytał Jimmy.
- Jest woda, cola, sok pomarańczowy i jabłkowy, kawa i herbata oraz czerwone półwytrawne wino – powiedziałam, uprzedzając ich pytania. Wszyscy wybrali wino, ja postanowiłam napić się herbaty. Kiedy Jimmy powoli oddalił się od nas, westchnęłam, czując panujące między nami napięcie.
- Nie podoba wam się? - bardziej stwierdziłam niż zapytałam, czując lekki zawód. Uwielbiałam tu przychodzić, zakochałam się w tym miejscu bez pamięci i miałam nadzieję, że podzielą mój entuzjazm. Ale jak na razie wszystko szło nie tak jak powinno.
- Mi nie za bardzo, ale to dlatego, że nie mogę się jakoś przełamać – powiedział Jared, a ja poczułam jego oddech na policzku. Odwróciłam twarz w kierunku, z którego dochodził głos i otarłam się nosem o coś ciepłego i jedwabiście miękkiego – Przepraszam – powiedział, a miękkie 'coś' zniknęło.
- Mi się nawet podoba, ale noga boli jak cholera – powiedział John, na co wszyscy się zaśmialiśmy.
- Mi też się podoba, zwłaszcza pomysł na taką restaurację – dodał Shannon, a po głosie rozpoznałam, że musi się uśmiechać.
- To się cieszę. Kamień spadł mi z serca – przyznałam i odetchnęłam z ulgą. Przez cały czas oczekiwania na jedzenie prowadziliśmy luźną pogawędkę. Zdążyłam jako tako poznać braci Leto, dowiedziałam się, że ich firma nie była tym o czym marzyli od dziecka.
- Jared zajmuje się projektowaniem odzieży, o czym doskonale wiecie, a ja zajmuję się zarówno zarządzaniem, jak i robieniem reklamówek i zdjęć modelkom – powiedział Shannon. Miałam wrażenie, że rozpierała go duma gdy mówił o tym czym on się zajmuje. Z drugiej jednak strony był jak dla mnie tak wszechstronny, że poczułam się jak głupia, niezdarna dziecinka – Żebyście jednak wiedzieli jakie mieliśmy dalekosiężne plany jako dzieci – urwał, śmiejąc się nerwowo.
- Co to za plany? - zapytałam.
- Raczej dziecięce marzenia – burknął Jared, najwyraźniej nie podzielając entuzjazmu brata. Zmarkotniał, przynajmniej na tyle, na ile mogłam to zauważyć po jego głosie.
- Przestań – przerwał mu Shannon i powrócił do opowieści – chcieliśmy założyć zespół. Wiecie, muzyczny, taki rockowy. Podbić świat i tak dalej. I nie to, że nie mieliśmy predyspozycji, bo gdybyście usłyszeli jak Jared śpiewa, to wgniotłoby was w podłogę, ale nie w tym rzecz.
- Dobra, pochwal się jak ty wymiatasz na perkusji – przerwał mu Jared. Jego głos był coraz bardziej skwaszony, mogłam nawet sobie wyobrazić jak się krzywi wysłuchując opowieści swojego brata. Ja za to byłam szczerze zainteresowana tym wszystkim, a milczenie Johna mówiło tylko i wyłącznie tyle, że podzielał moje zdanie.
- Ale jak już mówiłem nie w tym rzecz – zamilkł na chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał. W końcu chrząknął – Jako dzieci nie mieliśmy przy sobie ojca, tylko matkę. Skurwiel zostawił nas ponad rok po narodzinach Jareda, ale ja niestety go jeszcze pamiętam. Matka musiała więc pracować za dwoje, żeby jakoś sprostać naszym potrzebom. Nie przelewało nam się, żyliśmy z dnia na dzień. Było ciężko, ale mama mimo wszystko wyściubiała jakoś pieniądze na nasze lekcje gry na gitarze, perkusji, śpiewu i aktorstwa. Ale jak widać nie pomogło nam to, bo zajęliśmy się czymś zupełnie innym. Jared poszedł na studia artystyczne, a ja na zarządzanie i marketing, dodatkowo uczęszczając na kurs fotografii. Jakoś udało się otworzyć jeden sklep, w którym Jared sprzedawał projektowane i szyte przez siebie ubrania.
- To były czasy – mruknął Jay, wiercąc się na krześle.
- Owszem – westchnął Shann – Ale dosyć szybko spodobało się ludziom to co tworzyłeś, pamiętasz jak mama się popłakała, gdy postanowiłeś otworzyć drugi sklep?
- Tak, pamiętam. Była dumna i przeszczęśliwa.
- Dziwisz się? W końcu coś zaczęło iść do przodu, po tych wszystkich upadkach jedno z nas w końcu wzleciało – westchną – A zawsze marzyłem o tym, że będę to ja.
- To się przeceniłeś – odparł żartobliwie Jared, chichocząc pod nosem.
- No wiesz, niemalże codziennie patrzyłem jak wychodzisz na castingi do filmów, jak wracasz pełen nadziei, a potem czekasz na telefon, który nigdy w tej sprawie nie zadzwonił, to zwątpiłem w to, że ci się uda.
- Dobra, a te wszystkie castingi do zespołów muzycznych, na które ty chodziłeś? Myślisz, że z tobą było inaczej?- przysłuchiwałam się tej rozmowie z niemałym zainteresowaniem i nie przyszło mi nawet do głowy, żeby się wtrącić.
- No niby nie, ale myślałem, że jako starszy brat pierwszy się podniosę. Ale okazało się, że naszym ratunkiem był mój malutki braciszek – ostatnie słowa powiedział pieszczotliwym, przesłodzonym tonem i gdyby było światło, na bank wytarmosiłby go za policzki.
- Odwal się – humor Jareda po raz kolejny uległ pogorszeniu.
- Jak to z tobą jest, Caroline? - zapytał nagle Shannon, zmieniając tym samym temat rozmowy.
- Nie za bardzo wiem o co pytasz – powiedziałam zgodnie z prawdą, bawiąc się swoimi dłońmi.
- Skąd jesteś, bo chyba nie z Ameryki- poznałem po akcencie, no i jeśli mam rację, to co cię tu sprowadziło.
- Sama nie wiem – wzruszyłam ramionami – Jestem polką, w stanach mieszkam od czterech lat. Swoją drogą myślałam, że akcent mam już jako tako dobry.
- Ale ja nie powiedziałem, że jest zły – zaoponował Shannon – I nie zapominaj, że jako perkusista mam dobry słuch.
- Poza tym twój akcent jest uroczy – dodał Jared, a ja poczułam jak moje policzki zalewają się szkarłatem. Jak to dobrze, że tu jest ciemno!
- Chyba po prostu chciałam się wyrwać w Polski i spróbować czegoś innego, nowego, zupełnie innego od życia w moim kraju.
- I co, podoba ci się tu? - to pytanie zadał John, odzywając się po dłuższej chwili milczenia.
- Owszem, ale jak to mówią, dom to dom, w nim jest najlepiej, także nic nie może się równać z moją ojczyzną.
- Jaka patriotyczna – zaśmiał się Shannon, ale serdecznie. Naszą rozmowę przerwał Jimmy, który wrócił w daniami. Przy jedzeniu milczeliśmy, zresztą każde z nas było chyba bardziej pochłonięte posiłkiem, próbą posługiwania się sztućcami i celowaniem do ust, niż tym, żeby szukać tematu do rozmowy. Ostatecznie musiałam sama przed sobą przyznać, że nie są tacy źli jak ich piszą. Są wymagający, ale są też ludźmi, całkiem miłymi, jeśli nie liczyć kilku incydentów.